niedziela, 25 marca 2018

Chorzów: Ludzie mówią różne rzeczy i robią dobrą pizzę



Ale co mówią?
Mimo tego, że pizzerie na Śląsku pojawiają się tak szybko jak grzyby po deszczu, to wcale nie tak łatwo trafić na tę jedyną, ulubioną. W czołówce jednak padają zazwyczaj te same nazwy lokali, a jednym z nich będzie właśnie Ludzie mówią różne rzeczy. Ciężko będzie się tutaj zastosować do powiedzenia "nie ważne co mówią, byle by nie przekręcali nazwiska", bo dość długa nazwa może sprawiać kłopot i być ciężka do zapamiętania, za to z ich pizzą jest całkowicie odwrotnie.

Samo wnętrze jest bardzo przytulne i ciekawe, a w oczekiwaniu na pizzę (które nie trwa za długo, bo zamówienie pojawia się błyskawicznie na stole) możemy zająć się kilkoma grami planszowymi i książkami. Do siedzenia najczęściej wybieram mały stoliczek z dwoma hamakami, przy którym można zjeść, a  później wygodnie się zrelaksować :) Nie zapomniano też o małych gościach, dla których stworzono specjalny kącik z tablicą manipulacyjną (musiałam sprawdzić jak się to fachowo nazywa, bo do tej pory nie miałam pojęcia!).




Pizza jest na cienkim cieście, pieczona w piecu opalanym drewnem. Do wyboru mamy 19 smaków (stan na marzec 2018 :) ), a każdy z nich skrywa prawdziwe, włoskie składniki. Moim zdecydowanym faworytem jest Piotruś Pan - zarówno w kwestii pizzy, jak i bajek z dzieciństwa :) To propozycja z mozzarellą, gorgonzolą, fontiną (rodzaj włoskiego sera produkowanego z krowiego mleka), szpinakiem i pomidorkami koktajlowymi. W oryginalnej wersji jest jeszcze salami picante, ale ja wybieram bezmięsną opcję. 


A w tle najlepsza zimowa herbata z macerowanymi sycylijskimi pomarańczami, które mają waniliowy smak! Na miejscu napijecie się również soku świeżo wyciskanego z tej odmiany cytrusów, który jest zupełnie inny od znanego nam soku pomarańczowego. Słodki i faktycznie waniliowy! 


Nie samą pizzą człowiek żyje...
To prawda i dlatego poza pizzą znajdziecie też w menu gnocchi zapiekane w piecu. Udało mi się kiedyś dopytać, że używają do ich zrobienia specjalnej odmiany ziemniaków, dzięki czemu smakują tak jak smakują - czyli bardzo dobrze :) Moje ulubione są serwowane z serem fontina, Grana Padano, masłem, szałwią i świeżą bazylią. Są bardziej miękkie od klasycznych gnocchi, a wyglądem bardziej przypominają nasze leniwe kluski. Możecie także zamówić je z sosem pomidorowym lub pancettą, pieczarkami, serem tallegio i rozmarynem. Danie samo w sobie jest bardzo dobre, a zapieczenie ich w piecu jeszcze bardziej podsyca smak, bo nie dość, że zioła wydobywają z siebie cały aromat to jeszcze na wierzchu powstaje serowa, chrupiąca skorupka.
Ta porcja może na zdjęciu wydawać się mała, ale to wina sporego talerza, bo jest naprawdę sycąca!




Od tego tygodnia w menu pojawiły się też cztery rodzaje włoskich pierożków i dwie wersje makaronu. Co najważniejsze - wszystko własnej roboty! Dzisiaj udało mi się spróbować tylko trzech nowych dań (nie samej oczywiście, miałam od tego pomocników!) i śmiało mogę stwierdzić, że Ludzie wiedzą co robią. Na pierwszy rzut poszły pierogi margherite (są duże i kwadratowe), nadziewane farszem z borowików i podane z kremowym sosem oraz boczkiem. Obawiałam się nieco tego co znajdę wewnątrz pierożka, licząc na to, że nie będą to po prostu posiekane grzybki i nie zawiodłam się. Farsz jest kremowy, a smak grzybów wyczuwalny, ale delikatny. Są lekko polane śmietanowym sosem z boczkiem, który nie przysłania idealnego ciasta i kryjącego się pod nim farszu. Z pewnością zamówię je podczas kolejnej wizyty!


Kolejna nowa propozycja to okrągłe raviolini nadziewane krewetkami i podane z kremowym limonkowym sosem. Farsz to niekoniecznie moja bajka, bo krewetki najbardziej lubię pod ich rzeczywistą postacią, ale sos zdecydowanie robi robotę! Jest ekstra delikatny, ale idealnie pasuje do krewetek, których smak jest po prostu krewetkowy :) Ravioli są tylko okraszone sosem, ale taka ilość okazała się idealna, żeby zachować w daniu smak wszystkich składników.


A na koniec poszły najsłodsze pierożki, które spokojnie mogłyby spełniać rolę deseru. Mowa tu o ravioli z farszem dyniowym i makaronikami amaretti, które są podane z maślanym sosem i parmezanem. Mimo tego, że bardzo lubię dynię to ostatecznie pierożki okazały się dla mnie trochę za słodkie.  Za to jestem przekonana, że przypadną do gustu dzieciom :)



A co na deser?
 Ale po takim dobrym obiedzie nie może zabraknąć deseru!  Nie wiem jak w przypadku innych, ale dwa, które u nich jadłam nie były przesłodzone. Okazały się lekkie i idealne do zjedzenia, nawet po sycącej pizzy czy ravioli. Jednym z nich było mascarpone z oreo i bitą śmietaną  (to był deser spoza karty) - bardzo banalne połączenie, a jakie dobre! Natomiast w nowej karcie pojawił sycylijski deser, jakim jest chrupiąca rurka nadziana kremem z sera ricotta, posypana zestem* z pomarańczy i podana z obłędnie pyszną pastą pistacjową! A wszystko to kryje się pod krótką nazwą Cannolo :)

* zest - skórka z cytrusów



Czy jeszcze tam pójdę?
No pewnie! I już się nie mogę doczekać! Zresztą to nie był mój pierwszy raz, a do ostatniego zdecydowanie daleko. To miejsce jest naprawdę wyjątkowe, bo łączy sympatyczną atmosferę, świetne składniki i genialne pomysły. Takie połączenie pozwala w cieszyć się świetną kuchnią w przytulnym wnętrzu. Jedyne co może Wam przeszkodzić w wizycie to niestety brak stolika... Radzę uzbroić się w cierpliwość, albo telefon do Ludzi, żeby zarezerwować miejsce - bo warto :)

Ludzie mówią różne rzeczy
Kościuszki 52, Chorzów 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz